WARSZAWSKIE DZIECI

    2 października minęła sześćdziesiąta rocznica ostatecznego upadku powstania warszawskiego. Większość z Was powinna o tym wiedzieć. I to niekoniecznie z lekcji historii-ale z racji swojej narodowej tożsamości. Z odczuwaniem jej, a więc i znajomością kultury, tradycji, przeszłości społeczeństwa, w którym funkcjonujemy, bywa różnie. Czasem więc warto skorzystać z okazji do przybliżenia sobie obrazu dziejów własnego narodu.
    W tym właśnie celu w październiku w czytelni IV LO odbyło się spotkanie z tymi, którzy tworzyli historię Polski na ulicach Warszawy przez te 63 dni krwawej, nierównej walki o wyzwolenie stolicy. Sanitariuszka Bogumiła Posalska-Straka ps. Pola, oraz Stefan Marcjanek ps. Ostoja i Zbigniew Piasecki ps. Czekolada, podczas powstania mieli od 15 do 17 lat. Dziś należą do szczecińskiego oddziału Związku Powstańców Warszawy i mimo sędziwego wieku, mimo wstrząsających przeżyć i młodości tragicznie zdeformowanej przez wojenne realia, dziś, wciąż pełni życia i pogody ducha, z chęcią opowiadają o tamtych czasach. Spotkanie z "czwórkową" młodzieżą trwało kilka godzin, jednak nie sposób było się zniechęcić, zanudzić, zasnąć, czy choćby oderwać na chwilę uwagę od kombatantów. Opowieści powstańców, w których rozbudziły się nie mające końca wspomnienia, urzekały swą żywotnością, realizmem, szczerością. Zabrały słuchaczy w czasy wojny, ukazując i śmiech, i łzy, prozę życia pod okupacją, tragizm i brawurę powstania.
    Stefan Marcjanek-Ostoja przybliżył wyjątkowe w historii wykorzystanie w łączności podczas walk ulicznych sieci kanalizacyjnej. Opowiadał, jak tzw. "służba kanałowa"-do której zresztą należał- przemieszczała się w podziemnych kanałach, brodząc po kolana w nieczystościach całej stolicy. Była to całkowita improwizacja- powstańcze dowództwo Armii Krajowej nawet w planach nie miało wykorzystania kanalizacji. Do tego AK-owscy "kanalarze" zupełnie nie mieli doświadczenia w poruszaniu się w kanałach, byli źle wyposażeni. Przykładem niewłaściwego przygotowania może być fakt uzbrojenia powstańców w kotwice, na wypadek utonięcia. Niestety, nie było gdzie ich zaczepić-a więc okazały się całkowicie niepraktyczne.
    Zadziwiać może entuzjazm powstańców. To, że potrafią mówić o krwawej, dwumiesięcznej tragedii. Piętnastoletni harcerze, którzy wakacyjny miesiąc spędzili walcząc o wyzwolenie stolicy. Zabijali, cierpieli z ran, ginęli, sami widzieli rozpacz i śmierć. Ludzie, którzy 63 dni swojego życia spędzili w rozpalonym ogniem walk mieście, coraz bardziej popadającym w ruinę, gdzie głód zmuszał niekiedy do zabijania psów, gdy kończyły się zapasy żywności. A jednak nie poddawali się. A jednak ranny żołnierz Armii Krajowej, któremu operująca nogę sanitariuszka musiała ściągnąć spodnie, mógł zażartować: "a jak byłem zdrowy, to nie chciałaś!".
    A teraz, po sześćdziesięciu latach, z dobrotliwym uśmiechem, ci ludzie potrafią opowiadać młodszym pokoleniom ciepło i bez wyrzutów sumienia, żalu czy poczucia utraconej młodości. Wiadomo, że czas leczy rany, jednak myślę, że nie tylko o to chodzi. Ci ludzie nie stracili młodości bez sensu. Walczyli o swoje ideały, byli święcie przekonani o wartości tego, w imię czego się poświęcili. To było pokolenie Kolumbów-młodzież wychowana w przedwojennej Polsce, która, jaka by nie była, starannie pielęgnowała w sobie ducha patriotyzmu. Płonąca Warszawa, trupy, płacz, głód, zrujnowane domy rodzinne, wreszcie tragiczna klęska powstania, to wszystko nie zdołało zniszczyć tych ludzi. Takie odniosłem wrażenie. A dlaczego? Dlatego, że znali, a raczej czuli sens walki. Idea, która w nich żyła, była silniejsza od wszystkich cierpień i upokorzeń.
    Takie właśnie spłynęły na mnie przemyślenia po spotkaniu z weteranami powstania warszawskiego. Usłyszałem piękną opowieść o młodości. Nie była to młodość, łatwa, przyjemna i prosta. Ale w całym swym tragizmie nie była pozbawiona sensu. Młodość powstańców warszawskich to wielka, tragiczna próba siły własnego człowieczeństwa, wzruszające piękno cierpienia, budującego w sercu niezłomny, nieprzejednany i sprawdzony ideał. Tym wyraźniejszy i sensowniejszy, że obyty z rzeczywistością i upewniony w swojej egzystencji.     Czyż nie widać czystości i piękna w słowach powstańczej pieśni: "Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój, za każdy kamień Twój, Stolico, damy krew"? Czy sensem młodości nie jest "bój" o wartość, rozgrzewającą i wypełniającą ludzkie wnętrze?




Maciej Pieczyński
IV LO w Szczecinie