<- Powrót
|
W pewien październikowy poranek porzuciliśmy mury CZWÓRKI. Pod eskortą wicedyrekcji i dwóch belferek ze specjalizacją anglistyki, zapewniającą parze osiemnastolatków dostateczną opiekę w podróży, wyruszyliśmy na najbardziej ekscytującą wyprawę naszej licealnej edukacji. Zwyczajne środki komunikacji, takie jak autobus, samolot nabrały nowego wymiaru - oddalały od codziennej szkolnej rutyny. Niektórzy z nas musieli pokonać lęki nowości "latania". Inni, jako starzy bywalcy świata, mieli pełnić rolę przewodnika podróży. Trzymaliśmy się skrupulatnie zaplanowanego przez opiekunów planu podróży. Trasę Szczecin - Berlin - Amsterdam - Birmingham pokonaliśmy kolejnymi etapami bez niespodzianek. Ale lotnisko Schipol dało nam doskonałą lekcję podróżowania. Zaskakujący ogrom obiektu, a w związku z tym konieczność pokonywania "na piechotkę" nieskończonych przestrzeni, nauczył nas pokory w stosunku do trudów podróży. Birmingham powitało nas nietypową jak na Anglię, bo bezdeszczową pogodą i barwnością poruszających się po ulicach mieszkańców - będących zlepkiem emigrantów najróżniejszych narodowości. Program kilkudniowego pobytu w Anglii oparty został na dwóch elementach. Pierwszy z nich obejmował pobyt w typowej angielskiej rodzinie, dający możliwość poznania tamtejszej kultury, panujących w rodzinie zwyczajów i rytmu dnia codziennego. Okazało się, że tradycje rodzinne nie odbiegają od naszych. Rodzina w tygodniu zaganiana była w codziennych obowiązkach. Dwoje nastolatków, z którymi dzieliłem piętro w gościnnym domu ich mamy popołudniami odrabiało lekcje. Miałem możliwość udzielenia im pomocy w przygotowaniu się do sprawdzianu z tabliczki mnożenia. W wolnym czasie dziewczyna i chłopak pobierali lekcje gry na klarnecie i pielęgnowali domową hodowlę egzotycznych zwierząt - prowadzoną w przydomowym terrarium. W niedzielę spotkali się na tradycyjnym, rodzinnym obiedzie, w którym uczestniczyła babcia - mama gospodyni domu, w którym gościłem. Przekonałem się, że w domu Anglicy gotują świetnie. Choć może to efekt tradycji rodzinnej i irlandzkich korzeni moich gospodarzy. W przeciwieństwie do typowego, angielskiego Fisch end chips - jadanego na mieście. Drugim elementem programu naszego wyjazdu było zapoznanie się z funkcjonowaniem systemu edukacyjnego w Anglii. W Birmingham spędziłem dwa dni w dwóch różnych szkołach. Jedną z nich była muzułmańska szkoła dla dziewcząt, drugą była szkoła katolicka. Moją uwagę zwróciła inna niż u nas organizacja dnia szkolnego. Lekcje w angielskich szkołach trwają jedną godzinę zegarową, podczas całego dnia uczniowie mają tylko dwie przerwy (na drugie śniadanie i lunch). Lekcje odbywają się w przyjaznych dla ucznia warunkach. Nauczyciele starają się przekazać swoim podopiecznych wiedzę w sposób przystępny i zrozumiały dla każdego. Lekcje urozmaicane są o liczne prezentacje i doświadczenia. Zarówno uczniowie jak i nauczyciele mają łatwy dostęp do komputera i Internetu podczas lekcji. Co ciekawe, jednego przedmiotu w jednej klasie uczy kilku nauczycieli pracujących na różnych poziomach. Zarówno w mieście jak i w szkole spotkałem wielu Polaków. Jeden z nich jest najlepszym uczniem szkoły, w której gościłem. Pobyt w Birmingham pozwolił mi na poznanie najciekawszych zabytków miasta. Odwiedziłem miejsce urodzin Wiliam Szekspira w Stradford, a także zamek Warwick, będący jednym z ważniejszych w Anglii. Miasto prezentuje się interesująco - szczególnie w jego postindustrialnych dzielnicach, gdzie zbudowano nowe centrum, a budynki mieszkalne i użyteczności publicznej skomasowano wzdłuż śródmiejskich kanałów. Na ulicach zaobserwowałem istną mozaikę kulturową. Poczynając od imigrantów z Europy środkowej i wschodniej na przybyszach z Afryki i Azji kończąc. Tych kilka dni dało mi jeszcze jedną niepowtarzalną szansę - sprawdzenia i poprawy mojego angielskiego. Bez niego w Birmingham byłoby nudno. Rafał Mrowiński |